Strona główna
Nic o nas bez nas. Katecheta też chce być wysłuchany
„Nic o nas bez nas” – to hasło znamy dobrze z życia społecznego. Oznacza prostą zasadę: jeśli podejmowane są decyzje dotyczące konkretnej grupy ludzi, jej przedstawiciele powinni mieć możliwość zabrania głosu.
Dlaczego więc tak trudno zastosować tę zasadę do katechetów?
Po komunikacie Komisji Wychowania Katolickiego KEP z 23 września 2026 r. trudno pozbyć się tego pytania. Biskupi dostrzegają trudną sytuację nauczycieli religii. Piszą o niepewnych warunkach pracy, presji zmian organizacyjnych i atmosferze, która nie zawsze daje katechetom poczucie sprawiedliwości. Dziękują za cierpliwość, ofiarność i świadectwo, zapewniają o bliskości i modlitwie.
To ważne.
Ale chciałoby się zapytać: a kiedy ktoś ich wysłucha?
Katecheta nie jest tylko adresatem podziękowań
Mam coraz większe wrażenie, że w rozmowie o przyszłości katechezy katecheta występuje w osobliwej roli.
Ma być wdzięczny.
Ma być cierpliwy.
Ma trwać.
Ma się poświęcać.
Ma ufać.
Ma się modlić.
Wszystko to jest częścią chrześcijańskiego życia. Ale katecheta jest również nauczycielem i pracownikiem. Jest człowiekiem odpowiedzialnym za swoją rodzinę, swoje zobowiązania i swoją zawodową przyszłość.
Powołanie nie odbiera człowiekowi prawa do sprawiedliwego traktowania.
Można być człowiekiem powołanym i jednocześnie pytać o zatrudnienie.
Można być oddanym Kościołowi i jednocześnie oczekiwać szacunku.
Można mieć świadomość misyjnego charakteru swojej pracy i jednocześnie uważać, że o jej warunkach należy rozmawiać.
To nie jest kryzys wiary.
To jest odpowiedzialność dorosłego człowieka.
„Nic o nas bez nas”
Właśnie dlatego zasada „Nic o nas bez nas” powinna wybrzmieć również w Kościele.
Nie jako polityczne hasło.
Jako zasada zwyczajnej odpowiedzialności.
Jeżeli rozmawiamy o przyszłości religii w szkole – zapytajmy nauczycieli religii.
Jeżeli rozmawiamy o katechezie parafialnej – zapytajmy katechetów.
Jeżeli zastanawiamy się, jak połączyć szkolną lekcję religii z formacją parafialną – zapytajmy tych, którzy od lat pracują z dziećmi i młodzieżą.
Nie dlatego, że katecheci mają znać wszystkie odpowiedzi.
Dlatego, że mają doświadczenie, którego nie da się zdobyć przy konferencyjnym stole.
KEP już wcześniej podkreślała, że katecheza parafialna nie ma być powtórzeniem lekcji religii w szkole, lecz jej dopełnieniem. Zespół Roboczy ds. Katechezy Parafialnej deklarował również, że chce, aby przygotowywane rozwiązania były „dziełem całego Kościoła i wszystkich wiernych”, a dokument miał być konsultowany z różnymi środowiskami.
Tym bardziej warto zapytać: czy w tym „całym Kościele” jest wystarczająco dużo miejsca dla świeckich katechetów?
Nie chodzi o pierwszeństwo. Chodzi o obecność.
Nie domagam się, aby katecheci decydowali o wszystkim.
Nie twierdzę, że każdy postulat środowiska katechetów musi zostać przyjęty.
Nie chodzi nawet o to, żeby przedstawiciele katechetów zasiedli przy każdym stole i mieli decydujący głos.
Chodzi o coś znacznie bardziej podstawowego.
Najpierw nas wysłuchajcie.
Dopiero potem decydujcie.
Bo można się z nami nie zgodzić. Można powiedzieć: „Nie możemy spełnić tego postulatu”. Można przedstawić inne rozwiązanie.
Ale trudno zaakceptować sytuację, w której o przyszłości grupy zawodowej i o modelu jej dalszej pracy rozmawia się przede wszystkim bez jej reprezentantów.
Zwłaszcza że świeccy katecheci nie są grupą przypadkową. To ludzie, którzy od lat są obecni w szkołach. Znają realia polskiej edukacji. Znają młodzież. Wiedzą, co dzieje się w pokoju nauczycielskim, na korytarzu i w klasie.
Wiedzą również, dlaczego część uczniów zostaje na religii.
I dlaczego część z niej rezygnuje.
W czasie nagonki potrzeba czegoś więcej
Jest jeszcze jeden powód, dla którego sprawa jest szczególnie ważna.
Nauczyciele religii funkcjonują dziś w atmosferze ogromnej presji. Ich praca bywa publicznie deprecjonowana. Czasem sprowadza się ich do stereotypu „pana lub pani od religii”. Czasem podważa się sens ich obecności w szkole, ich profesjonalizm, a nawet motywacje.
Nie trzeba zgadzać się ze wszystkim, co robi każdy katecheta, żeby dostrzec, że hurtowe podważanie wartości całej grupy jest zwyczajnie niesprawiedliwe.
Dlatego tym bardziej bolą sytuacje, w których podobne uproszczenia pojawiają się również wewnątrz Kościoła.
Katecheta nie potrzebuje, żeby ktoś nieustannie przypominał mu, że ma powołanie.
On o tym wie.
Potrzebuje natomiast usłyszeć, że jego praca ma wartość.
Że jego doświadczenie jest potrzebne.
Że jego głos jest ważny.
I że Kościół nie chce jedynie, aby wytrzymał trudny czas, ale chce razem z nim zastanowić się, co zrobić, żeby ten trudny czas nie stał się początkiem jego marginalizacji.
„Z nami”, a nie „dla nas”
Kościół dużo mówi dziś o synodalności, współodpowiedzialności świeckich i budowaniu wspólnoty.
To są ważne słowa.
Ale każde słowo wcześniej czy później musi spotkać się z rzeczywistością.
A rzeczywistość jest prosta.
Wspólnota nie może być budowana wyłącznie dla ludzi. Musi być budowana razem z nimi.
Także z katechetami.
Dlatego „Nic o nas bez nas” nie powinno być dla Kościoła hasłem obcym. Jest wręcz bardzo chrześcijańskim wezwaniem do słuchania człowieka.
Katecheci nie chcą specjalnych przywilejów.
Nie chcą być traktowani jako grupa uprzywilejowana.
Nie chcą również, aby ktoś podejmował za nich wszystkie decyzje.
Chcą tylko, aby w rozmowie o ich przyszłości było dla nich miejsce przy stole.
Bo jeśli naprawdę mówimy o przyszłości katechezy, to nie wystarczy mówić o katechetach.
Trzeba zacząć rozmawiać z katechetami.
I być może właśnie od tego powinno się zacząć „nowe” w katechezie.
Tomasz Sypniewski,
katecheta
członek Stowarzyszenia Katechetów Świeckich












